Wieczór panieński: Odkryj tradycje, nowoczesne pomysły i nietypowe sposoby świętowania! - Niebanalne Prezenty

Wieczór panieński: Tradycja, współczesność i alternatywne podejście

Ślub to jedno z tych wydarzeń, wokół których roi się od utartych stereotypów, niepotrzebnych zakazów i nakazów czy wymuszonych tradycji. Jedną z nich jest świętowanie wieczoru panieńskiego, głęboko zakorzenionego w tradycji. Nasi przodkowie nazywali go rózgowinami czy wieczorem dziewiczym, a głównym założeniem spotkania było przygotowanie panny młodej do pożegnania jej z panieństwem. Dzisiaj cel jest ten sam, ale okoliczności i sposób świętowania zdecydowanie się zmieniły.

Z założenia wieczór panieński ma być głośno i nieprzyzwoicie, a w praktyce zazwyczaj wychodzi dosyć żenująco, nudno lub po taniości. Zamiast tradycyjnego kołacza weselnego często jest tort przyozdobiony lukrowym członkiem. Wieczory panieńskie niewątpliwie dopasowują się do współczesnych czasów i potrzeb, ale wciąż są pewne zasady, które ciężko jest zmienić.

Zmiana perspektywy: Kto powinien być zaproszony?

Po pierwsze, czy grono zaproszonych osób rzeczywiście musi być w 100 proc. żeńskie? Skoro i tak, wbrew pierwotnej tradycji, zapraszane są mężatki, rozwódki czy wdowy, to dlaczego nie mogą pojawić się mężczyźni? Przyjaźń damsko-męska istnieje i to nie tylko między heteroseksualną kobietą a homoseksualnym mężczyzną, a często nawet ci są z automatu pomijani przy tworzeniu listy gości.

Między innymi ten fakt sprawił, że Magda, która wyszła za mąż latem ubiegłego roku, nie wspomina dobrze swojego panieńskiego. Dwie przyjaciółki, które poznała podczas studiowania w Krakowie, wyrwały się przed szereg z propozycją organizacji imprezy. Plan zakładał tzw. biforek w apartamencie wynajmowanym na doby nieopodal rynku, a później rundkę po doskonale znanych im klubach.

- Przyjaciółki uznały, że skoro to wieczór panieński to trzeba zaprosić jak najwięcej osób i pościągały jakieś przypadkowe dziewczyny z roku, za którymi ja nawet nie do końca przepadam. - Słaby (śmiech). Wszystkie miały na sobie opaski z dyndającymi gumowymi penisami, ja dostałam szarfę wyklejoną tym samym, w kubkach słomki też oczywiście z penisami, a serwetki z wizerunkiem napakowanych gości w slipach - wspomina Magda. - Miałam wrażenie, że dziewczyny oczekiwały ode mnie szalonej ekscytacji na widok kawałka plastiku w kształcie męskiego narządu płciowego.

stylizowana grafika przedstawiająca zestaw dekoracji typowych dla wieczoru panieńskiego z motywami erotycznymi

Zastanawiam się, czy jakakolwiek panna młoda rzeczywiście jest podjarana takimi dekoracjami? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, ale zakładam, że większość panien młodych ma już pewne doświadczenia w tym obszarze, więc trudno im emocjonować się czymś, co z założenia miałoby przypominać o zakazanym owocu, który już dawno został zerwany. Natomiast jeśli jeszcze nie, to tym bardziej dziewczyny nie powinny zawstydzać się nawzajem. Panna młoda miałaby więcej korzyści z rzeczowej rozmowy na temat pierwszego współżycia niż z sączenia drinka przez "penisową" słomkę.

Współczesne realia wieczorów panieńskich: Między rozczarowaniem a presją

Po opróżnieniu wszystkich butelek białego wina zakupionych w supermarkecie pod dobre rozpoczęcie świętowania Magda i jej świta wyszły w miasto. Idąc dziarskim krokiem, rzucały się w oczy, ale nie wywoływały sensacji. Widok grupki kobiet w szpilkach i czarnych sukienkach, którym przewodzi jedna w białej miniówce to już powszechność. Prędzej ktoś westchnie z politowaniem, patrząc, jak dziewczyny męczą się, pokonując wybrukowane ulice, niż zapieje z zachwytu nad ich kreatywnością w sposobie pożegnania panieństwa koleżanki.

- Nie mogę powiedzieć, że fatalnie, bo jednak było dużo śmiechu i sporo tańczyłyśmy. Z drugiej strony nie mogę powiedzieć, że było super, bo chciałabym mieć inne wspomnienia ze swojej ostatniej imprezy przed ślubem. Dobitnie przekonałam się, że chodzenie po klubach ma swój urok tylko w czasach studenckich.

Dla takich osób jak Magda jest dobra wiadomość. Wieczory panieńskie w klubach powoli zostają zdetronizowane przez ekspresowe city breaki po Europie. Miny rzedną, dopiero gdy na miejscu okazuje się, że oczekiwania przerosły rzeczywistość. Za imprezowanie w dużym europejskim mieście zazwyczaj trzeba zapłacić więcej niż za sam przelot, a próby uwiecznienia zagranicznych wojaży kończą się irytacją i solidną dawką filtrów.

Jestem pewna, że jest tu choć jeden #teambride, który przeglądał relacje z tym hasztagiem zrobione na plaży przez popularne influencerki, a później z rozczarowaniem musiał pogodzić się z faktem, że mimo dwustu zdjęć i różnych ujęć nie ma bata, żeby wyszło równie spektakularnie.

Justyna opublikowała tylko jedno zdjęcie z panieńskiego na Sycylii. Takie, na którym widać sześć nadgarstków oznakowanych hasłem "drużyna panny młodej". W języku angielskim oczywiście.

- Wystroiłyśmy się w zwiewne sukienki, klapki i poszłyśmy pić prosecco na plaży. Samowyzwalacz w telefonach poszedł w ruch, ale już po kilku zdjęciach miałam dosyć wymuszonych uśmiechów i wyginania się przed obiektywem. Następnego dnia dziewczyny wybrały się na szybką rundę po okolicy zwieńczoną pizzą i drinkiem, a później musiały pędzić na lotnisko.

- Wieczór na plaży był naprawdę niezapomniany. Gadałyśmy o wszystkim do późnej nocy i cieszyłyśmy się swoją obecnością, ale równie dobrze mogłyśmy iść nad Wisłę.

zdjęcie z wieczoru panieńskiego na plaży, przedstawiające grupę młodych kobiet w letnich sukienkach

Wieczory panieńskie pod wieloma względami można porównać do sylwestra. Czujemy presję, że to musi być wyjątkowy dzień i koniecznie trzeba się dobrze bawić. Najlepiej do białego rana. W końcu tak jak kończy się rok kalendarzowy, tak samo kończy się panieństwo. Tylko czy ten fakt oznacza, że po ślubie już nie będzie możliwości i okazji do imprezy w gronie przyjaciół?

Finansowe i społeczne dylematy wieczoru panieńskiego

A co do organizacji imprezy dla panny młodej, sprawdza się zasada: im prościej, tym lepiej. Oklejenie pokoju napisem "team bride" czy plastikowymi członkami wcale nie sprawi, że przyszła mężatka poczuje się wyjątkowo.

Basia była moją przyjaciółką od szkoły podstawowej. Przez wiele lat mieszkałyśmy na jednej ulicy i spędzałyśmy ze sobą każdą wolną chwilę. Marzyłyśmy o idealnych mężach, o wielkich karierach i bajkowych domach. Oczywiście planowałyśmy też swoje wyimaginowane śluby, wybierałyśmy sukienki i obiecywałyśmy sobie świadkowanie - jak większość przyjaciółek w tym wieku. Marzenia jednak swoje, a życie swoje. Zaręczyła się tuż po studiach.

Na przestrzeni lat nieco się zmieniłyśmy. Nadal się lubiłyśmy i miałyśmy ze sobą kontakt, ale nie byłyśmy już dla siebie najbliższymi osobami. Przestałyśmy rozumieć swoje cele i priorytety, miałyśmy inne podejścia do życia. To nie przeszkadzało nam w miłym spędzaniu czasu, ale w przyjaźni, takiej od serca, już trochę tak. Jacek, jej wybranek, był bardzo uprzejmym i miłym chłopakiem, chociaż, jak na mój gust, nieco zbyt sztywnym. Basia poznała go w pracy, czyli wielkiej korporacji, gdzie był jakimś menadżerem do spraw optymalizacji czegoś... Chodził w wyprasowanych koszulach i drogich krawatach i lekko przynudzał opowieściami o arkuszach kalkulacyjnych. Dużo więcej o nim nie wiedziałam. Zupełnie nie spodziewałam się, że będę świadkową na ślubie Basi, byłam pewna, że ma w swoim życiu inne, znacznie bliższe przyjaciółki - w końcu ja miałam. Pomyliłam się. Z jakiegoś powodu Basia poprosiła o świadkowanie właśnie mnie. Było mi bardzo miło i w sumie czułam się wzruszona tym, że nasze marzenia ze szkolnej ławki naprawdę się spełniają.

Na początkowym etapie przygotowań do ślubu byłam bardzo zaangażowana. Pomagałam Basi w wyborze sali i sukienki, obdzwaniałam fryzjerów i woziłam ją swoim autem na wszystkie spotkania: z fotografami, zespołami i cukiernikami. Jacek nie był zbyt zaangażowany w przygotowania, ale nie było w tym dla mnie niczego dziwnego: facetów przeważnie nie interesują takie detale jak kwiaty czy typ welonu.

Ślub miał kosztować fortunę

Basia żyła na wyższym poziomie niż ja. Nieźle zarabiała, a drugie tyle przynosił do domu Jacek, bo obydwoje zaczęli pracować już na studiach. Do wesela dorzucali im się też rodzice, więc tak naprawdę mogli sobie pozwolić na bardzo dużo. Wcześniej pieniądze nigdy nie były problemem pomiędzy mną a Basią. Teraz po raz pierwszy poczułam się od niej gorsza.

- O rany, jaka droga… - szeptałam, gdy widziałam w salonie sukienkę za dziesięć tysięcy złotych. - Aj tam, droga. To tylko pieniądze, można je zarobić. To najważniejszy dzień w moim życiu, wydam tyle, ile będzie trzeba - deklarowała Baśka. „No jak się ma, to można wydać… Ale nie wszyscy mają”, odpowiadałam jej w myślach.

- Basia, jesteś pewna? Ta sukienka jest droższa od poprzedniej o pięć tysięcy… Za to możesz mieć świetne wakacje. Jesteś pewna, że wolisz kilka dodatkowych koronek i ekskluzywną metkę? - pytałam nieśmiało, gdy przyjaciółka mierzyła kolejną kreację. - Natka, przestań dziadować! Na moim ślubie nie oszczędzamy! - odpowiedziała mi ostro, choć niby żartobliwie.

Kwoty, które Basia wydawała na kwiaty, na zespół, na wynajęcie luksusowego samochodu, który przewiezie ją z domu do kościoła (aż trzy kilometry!) i inne fanaberie, były dla mnie niezrozumiałe. Wiedziałam, że to nie moje pieniądze i nie powinno mnie interesować na co i kto je wydaje, ale wybory Baśki dawały mi do zrozumienia, że nasze życiowe priorytety i wartości kompletnie się rozminęły.

Zaczęło mnie to przerastać

Basia, choć mogła sobie pozwolić prawie na wszystko, wiecznie zamęczała mnie „ciężkimi wyborami”: które buty wybrać, jaką długość trenu zamówić i czy tort powinien być malinowy, czy truskawkowy. Wszystkie te kwestie analizowała dziesiątki razy i traktowała jak sprawę życia i śmierci. Powoli miałam tego dosyć.

Nie miałam pojęcia, że najgorsze dopiero przede mną… Wcześniej nie martwiła mnie kwestia wieczoru panieńskiego. Byłam przekonana, że Basia najbardziej doceni spokojny wieczór pod miastem w towarzystwie fajnych dziewczyn. Wskazane przez nią koleżanki planowałam zaprosić do domu moich rodziców na imprezę z nocowaniem, chciałam zamówić dużo wina i pysznego jedzenia, przygotować listę utworów, podłączyć głośniki i… tyle. Naiwnie myślałam, że znam Basię na tyle dobrze, że nasze wyobrażenia tego dnia mogą być podobne. Niestety, im bliżej było do ustalonej daty wieczoru panieńskiego, tym więcej sugestii rzucała mi Basia.

- Byłam ostatnio na firmowym wyjeździe w nowym spa pod Krakowem… Świetne miejsce! Baseny, sauny, masaże, a do tego winnica rzut beretem! - trajkotała mi podekscytowana. W domu weszłam na stronę tego przybytku. Gdy spojrzałam na ceny, włos zjeżył mi się na głowie. „Bez przesady, przecież nie wszystkich na to stać!”, pomyślałam z irytacją. Wtedy jeszcze byłam przekonana, że uda mi się zorganizować świetną imprezę niskim kosztem. Nie wiedziałam, że Basia będzie mi to utrudniać.

- Natalka, gdybyście się zastanawiały jaki prezent chciałabym dostać na swój wieczór panieński, to wymarzyła mi się taka bransoletka z diamentem… - zagaiła do mnie któregoś dnia. - Nie jest najtańsza, ale pomyślałam, ze może się uda, jeśli wszystkie się złożycie. Bardzo bym ją chciała!

Miała swoje fanaberie

Prezent? Z okazji wieczoru panieńskiego? Czy sam wieczór panieński nie jest już prezentem? Przecież prezent daje się na ślub, który jest zaraz po tej imprezie! - Ewentualnie, gdyby to było za drogie… - zaczęła „łaskawie” Baśka. - Może być też jakiś bon do salonu piękności. Za tysiąc złotych to już na jakiś zabieg pójdę. To była ta tańsza opcja? Prezent za tysiąc złotych? Nie mieściło mi się to w głowie!

- Basia, nie wszystkie dziewczyny dysponują takimi kwotami, chciałam zorganizować ten wieczór tak, żeby każda mogła sobie na niego pozwolić… - mruknęłam nieśmiało. - No ale już stówa w jedną czy w drugą stronę to chyba nie zrobi wielkiej różnicy - uśmiechnęła się do mnie słodko, jak dziecko proszące o cukierka.

- Ja też mam dla was prezenciki! - zachichotała. „Co za nietakt, rany… Jak ja to przekażę tym dziewczynom?”, myślałam.

- Poza tym, prezent prezentem, ale przecież takie imprezy i tak kosztują: dekoracje, wynajęcie barmana czy innego fryzjera z dojazdem, dobry sprzęt nagłaśniający, catering z fajnej knajpy… - zaczęła wyliczać, a mnie robiło się coraz bardziej słabo. - No i do tego wszystkiego jeszcze jakaś super atrakcja: wynajęcie limuzyny czy coś.

- Jeju, Basia, właściwie to nie myślałam o aż tak ekskluzywnych rzeczach… - bąknęłam. - A o czym myślałaś? - No, nie wiem, dopiero ustaliłyśmy z dziewczynami podstawy… Myślałam może, żeby zrobić imprezę w moim domu rodzinnym? Jest duży ogród, jest gdzie spać…

- Natka, nie obraź się, ale ja wychodzę za mąż i chcę, żeby to było coś ekstra, a nie jakaś nudna domówka, która byłaby fajna w liceum. Jesteśmy już dorosłe, zarabiamy duże pieniądze… „Kto zarabia, ten zarabia”, pomyślałam z przekąsem.

- Basia, będę musiała zapytać dziewczyn o zdanie… Muszę też delikatnie wybadać, czy wszystkie stać - plątałam się. - O to się nie martw! - wzruszyła ramionami. - Dziewczyny z pracy nie będą na mnie oszczędzać, a Julka i Ewelina same mnie zapraszały na wypasione panieńskie: jedna organizowała go w Rzymie, a druga w takim klubie, co zawsze chodzą tam same gwiazdy! Myślę, że one sobie zdają sprawę z tego, że to wyniesie z dwa tysiące na osobę. Tyle to teraz kosztuje. Ja tyle wydawałam na inne panieńskie, a potem jeszcze dawałam z tysiąc w kopertę - podsumowała.

Prawie skończyłam z kredytem

Dwa tysiące na sam panieński? A potem tysiąc w kopertę? Jezu! To łącznie prawie cała moja pensja! Wiedziałam, że Basia, jako analityk finansowy, zarabia znacznie więcej niż ja, ale żeby aż tak stracić kontakt z rzeczywistością? Naprawdę nie wiedziała, jakie są średnie płace w tym kraju? A przecież całej pensji też nie mogłam wydać tylko na jej ślub: musiałam jeszcze coś jeść, zapłacić za wynajem mieszkania, prąd, internet… Z jednej strony, nie powinnam organizować panieńskiego tylko pod swoje możliwości finansowe, ale z drugiej - jak ja za to wszystko zapłacę? Panieński, sukienka, fryzjer, makijaż, a do tego jeszcze ślubna koperta. Nie mam wyboru. Pewnie skończy się na chwilówce lub innym wysoko oprocentowanym kredycie i wszystko wyniesie mnie finalnie dwa razy tyle…

grafika symbolizująca presję finansową związaną z wydatkami na ślub i wieczór panieński

Alternatywne podejście do wieczoru panieńskiego

Niezależnie od tego, kim są i w co wierzą, świadkowe żony wszystkie jak jeden mąż uwielbiają folklor i to właśnie do niego odwołują się, przygotowując wieczór. Dlaczego? Wieczór panieński. Każda impreza wygląda mniej więcej tak: popijające litry napojów procentowych młode kobiety przywdziewają mocno kiczowate stroje (w tym obowiązkowo na głowach diabelskie różki w typie kolorystycznym Prosiaczka z książki A.A. Milnego). Hałaśliwe na ile to tylko możliwe, drogą limuzyną wybywają na miasto, gdzie zwracają na siebie uwagę nie tylko piszcząc, czy tańcząc na stołach, ale i głośno kibicując przyszłej małżonce, żeby odważyła się wykonać zadanie - zawsze bezpośrednio nawiązujące do seksu, nierzadko angażujące osoby trzecie i równie często zwyczajnie upokarzające główną bohaterkę. W efekcie trudno jest przeżyć przyjęcie bez stałego towarzysza: poczucia zażenowania (podobne czułyśmy ostatnio w gimnazjum, gdy koledzy strzelali w najlepsze z naszych ramiączek od stanika).

Uwaga: ten tekst nie będzie o tym, że katoliczka (bądź katolik - bo rzecz w równym stopniu dotyczy mężczyzn) swój panieńsko-kawalerski wieczór ma spędzić na klęczkach w kaplicy lub biegając po mieście w włosiennicy. Zorganizowane gry i zabawy podczas wieczoru panieńskiego są OK. Sęk w tym, żeby pamiętać, że największą radość mają one przynieść głównej bohaterce - nie nam.

Czym zastąpić tradycyjne atrakcje?

  • Zróbmy koleżance test, jak dobrze zna swojego narzeczonego.
  • Nagrajmy film z wieczoru panieńskiego.
  • Zorganizujmy podchody, prowadzące do jakiejś miłej niespodzianki.
  • Wyślijmy pannę młodą na spacer po starym mieście, gdzie podstawieni przechodnie będą wręczać jej kwiaty.
  • Naklejmy jej na plecach kartkę i wpisujmy tam szczere, dobre myśli na jej temat (podczas czytania będzie musiała zgadnąć, kto jest autorem której).
  • Zróbmy pogoń za fantami.
  • Pobawmy się w wymyślanie ślubnych fryzur czy makijażu.
  • Przygotujmy mapę z najbardziej romantycznymi miejscami na randki.
  • Stwórzmy małżeński modlitewnik, uwzględniając specjalizujących się w tej materii świętych.
  • Zróbmy własny różaniec z soczewicy lub zatyczki do uszu - pomocne, kiedy mąż będzie chrapał.

Nie zapraszajmy też na przyjęcie byłych chłopaków panny młodej. To kolejny zły pomysł w kategorii „żenada i/lub upokorzenie”. Musimy mieć świadomość, że nie wszystkie relacje, które się skończyły, przestały wywoływać emocje. Obecność żadnej z takich osób nie wniesie niczego dobrego do atmosfery spotkania.

Czym zastąpić nieodpowiedni posiłek i nadmierne spożycie alkoholu?

Wszyscy doskonale wiemy, że seks w małżeństwie jest ważny. To jednak nie powód, żeby mianować go motywem przewodnim wieczoru - zwłaszcza jeśli w ten sposób mocno temat spłycamy. Dlatego o ile panna młoda nie jest lekarzem, lepiej do tematu posiłku podejść mniej anatomicznie.

Jeśli już koniecznie chcemy uatrakcyjnić spotkanie wizytą nieznajomego, zaprośmy na prywatny recital jakiegoś muzyka. Do dziś pamiętam, jak na wieczór panieński znajomej Rzymianki zaprosiłyśmy ulicznego wokalistę z Piazza del Popolo.

Niektórzy sądzą, że prawdziwy wieczór panieński nie może się udać bez upicia się na umór. W pewnym sensie ich rozumiem. Po zrobieniu tylu głupot, jakie na ten czas zaplanowano, najlepszym wyjściem byłoby po prostu później o nich nie pamiętać. To jednak nie żarty (jak w moim przypadku), a poważne postanowienie wielu uczestniczek zajścia. Alkohol, jeśli ktoś lubi, to naprawdę nic złego.

Proponuję wspólne przygotowywanie małych naleweczek na różne „małżeńskie dolegliwości”. Jedna niech będzie na brak jednomyślności, druga na szlajanie się męża z kumplami, trzecia dla męża na bóle po wielkich zakupach żony, czwarta dla obojga na brak wspólnego czasu, a piąta… pomysłów na pewno wam nie zabraknie.

kolaż zdjęć przedstawiający różnorodne, alternatywne propozycje na wieczór panieński: warsztaty kulinarne, wieczór gier planszowych, wspólne tworzenie biżuterii

Na koniec warto pamiętać o kieszeniach imprezujących, dla których sam prezent ślubny to już spory wydatek. Bo bez odpowiedniego przemyślenia i wyczucia równie dobrze można ją zepsuć na miejscu. Nie tylko zapraszając byłych czy nosząc różowe różki, ale chociażby dobierając piosenki. Bo czy ktoś zauważył, że słynny song „Windą do nieba” opowiada o narzeczonej, która nie kocha narzeczonego?

Wieczór panieński: Presja społeczna czy indywidualny wybór?

Wieczory panieńskie i kawalerskie wypływają z naszej tradycji kulturowej i chętnie je na ogół organizujemy. Współczesne kobiety dorównują mężczyznom w wielu płaszczyznach, okazuje się, że również w sposobach rozrywki. Większość szuka coraz mocniejszych akcentów i bardziej szalonych emocji. Presja społeczna silnie działa na jednostkę, wpływając na podejmowane przez nią decyzje. W tym kręgu jest najbliższe otoczenie, gdzie żyjemy, pracujemy i codziennie funkcjonujemy. Koledzy, koleżanki z pracy, prywatni znajomi spodziewający się zaproszenia na wspólną zabawę, wywierają nacisk na druhny i świadków, którzy ich zdaniem powinni zorganizować imprezę. Konformistycznym postawom sprzyja rozwój wirtualnego życia w sieci. Obowiązkowo musimy wrzucić na Instagram coś, co ujawni nasze prywatne życie, status społeczny, pokaże pracę, zainteresowania, hobby i pasje. Reklama w postaci wizytówek, filmów, wyskakujących banerów na wielu stronach internetowych oferuje oszałamiające gadżety podkręcające atmosferę imprezy i uświetniające zabawę. Kusi i obiecuje niesamowite emocje, przeżycie czegoś dotąd niespotykanego. Sprawia, że nie jesteśmy w stanie obronić się przed coraz powszechniejszą, odpowiednio skonstruowaną, reklamą natywną. Ulegamy presji i sile przekazu wizualno-słownego.

Na podstawie sondażu na jednym ze znanych portali kobiecych na pytanie: „Co na wieczór panieński?” 13,41 % respondentek odpowiedziało, że „ wieczór panieński jest zbędny”. Oznacza to, że jest jednak pewna grupa osób, która wyłamuje się ze schematu społecznego. Zdaniem przeciwniczek kultywowania tradycyjnego pożegnania się ze stanem wolnym spotkanie, które powinno mieć charakter towarzyski w gronie najbliższych przyjaciółek, często przeradza się w imprezę, do której włączają się przypadkowi, zupełnie obcy ludzie. Sprawia, że imprezka staje się na pokaz z komunikatem „tak się bawi, tak się bawi…”.

Spora grupa kobiet przeciwna jest zapraszaniu na męskie wieczory striptizerek i masażystek, co wynika z przeświadczenia, że przyszli mężowie nie będą w stanie oprzeć się pokusom. Pod wpływem manipulacji kolegów i alkoholu zdecydują się na odważne kroki, aby sprostać oczekiwaniom chwili i danej sytuacji. Zdarza się, że partnerzy nauczeni złym doświadczeniem z poprzednich związków, gdzie nie doszło do ślubu, właśnie z powodu incydentów na wieczorach kawalerskich czy panieńskich odrzucają pomysł imprezy.

Zapewne wzbudzi uśmiech kolejne pytanie: - Ile razy można się „żegnać” ze stanem wolnym? Innymi powodami, dla których nie organizuje się wieczorów, jest brak przyjaciół, znajomych, alienacja, brak wolnego czasu, który głownie przeznaczany jest na pracę. Grzeczne kobiety, jak również spokojni panowie, którzy nie lubią mocnych rozrywek, hałasu nadmiernego afiszowania się publicznie, skłonni są również do unikania tego typu atrakcji przed ślubem.

Praca w dużych zakładach i korporacjach, szczególnie w wielkich aglomeracjach nie sprzyja zacieśnianiu prywatnych więzi i trwałych przyjaźni. Samotność wśród tłumu jest coraz powszechniejszym zjawiskiem. Czy uleganie presji ogółu zabija naszą indywidualność? Przy tym pytaniu z pewnością rozgorzałaby szeroka dyskusja. Niektórzy wyrażają pogląd, iż miarą naszej indywidualności jest stopień nieulegania presji społeczeństwa. Niestety nie da się całkowicie wyłamać z obyczajów kulturowych.

Wracając do zasadniczego pytania - czy obowiązkowo powinniśmy uczestniczyć w spotkaniu, które nam całkowicie nie odpowiada? Odpowiedź jest jedna - nie musimy!

tags: #nie #bede #miec #panienski

Popularne posty: