Ach, jak strasznie źle było Maciusiowi w więzieniu. Właściwie nie było mu źle - ale ciasno. Bo jeżeli ktoś siedzi w więzieniu - i mają rozstrzelać - wcale się nie nudzi. Ale Maciuś miał być wysłany na bezludną wyspę. Mieli go wysłać za tydzień, a przeszło trzy tygodnie - i nic. Bo trzej królowie, którzy wzięli go do niewoli, ani rusz nie mogą się pogodzić. Młody król nie ukrywał wcale, że nienawidzi Maciusia, pragnąłby najlepiej pozbyć go się zupełnie. Smutny król już nie bał się przyznać, że jest przyjacielem Maciusia. A powinno być tak, żeby Maciuś żył sobie spokojnie, ale żeby nie mógł się wtrącać do niczego i żeby nie mógł uciec.
Wobec tego nie można było wysłać Maciusia na wyspę Maras, bo tam są błota, jest żółta febra i czarna ospa. Nie można było wysłać Maciusia na wyspę Luko, bo za blisko lądu i czarni królowie mogliby ułatwić ucieczkę. Jeżeli jaki nauczyciel geografii wskaże nam dobrą wyspę dla Maciusia, otrzyma dużą nagrodę.
Zaczęły nadchodzić odpowiedzi. Dwa razy zebrali się w miasteczku nad morzem, potem radzili w dużym mieście w górach, potem pojechali do miasta, gdzie było najsmaczniejsze na całym świecie piwo, a potem tam, gdzie było ciepło.
- Wymanił mi Maciuś tyle złota - skarżył się Bum-Drum - obiecał nauczyć czarne dzieci wszystkiego. I co? Część zginęła w boju, część siedzi w obozie dla jeńców.
- Nie - mówi Bum-Drum ze łzami w oczach. Bum-Drum wiedział, że wśród białych trzeba koniecznie płakać, gdy się mówi o czymś smutnym. Więc nosił flaszeczkę z amoniakiem i wąchał, kiedy należało być wzruszonym.
Ano dobrze. Na dwudziestym czwartym posiedzeniu postanowią już, dokąd wysłać Maciusia.
Królowa Kampanella była bardzo ładna. Mąż jej umarł w marcu. Dzieci nie miała.
W czarnych frakach przyjechali trzej nauczyciele geografii; ich wyspy najlepiej się podobały.
- Dziwicie się, wasze królewskie moście, że wyspy nie ma na mapie. Zaraz wam wytłumaczę. Na mapach rysuje się tylko duże wyspy, bo by się wszystkie nie zmieściły. Jeżeli jest na mapie choćby tylko kropeczka, to wyspa jest duża. Moja wysepka ma tylko trzy kilometry, jest więc bardzo maleńka. Za to wygodniej będzie Maciusia pilnować. Wysokich drzew nie ma - w ogóle mało jest roślin - trochę trawy tylko i krzaków. Jest zupełnie bezludna i bardzo daleko od lądu. Miejscowość zdrowa, zimy wcale nie ma. Wystarczy zbudować drewniany barak dla Maciusia i straży. Raz na miesiąc można posyłać jedzenie - i już.
Całe szczęście, że Bum-Drum był Murzynem.
- Jak ona się nazywa? - Otóż to właśnie. Zaraz powiem. Tę wyspę odkrył w roku 1750 podróżny Don Pedro. Burza połamała mu żagle, z trudem tam wylądował i przez lat dwadzieścia mieszkał. Aż przypadkiem znalazł go okręt korsarski. Don Pedro udawał, że chce zostać rozbójnikiem, a że obrośnięty naprawdę wyglądał jak zbój - więc go przyjęli. Cztery lata był korsarzem. Wreszcie uciekł i nazwał ją Wyspą Żadnej Nadziei.
- Moja wyspa - mówi drugi nauczyciel geografii - ma jedną wadę: leży trochę za blisko lądu. Ale za to obok jest mała wysepka z latarnią morską. Jak jest mgła albo w nocy - latarnia się pali - wszystko widać. Na południu wyspy jest skała - obok skały polanka. Na polance jest dom dla Maciusia. Wyspę tę zamieszkiwali dawniej bardzo spokojni Murzyni. Jak tylko biali odkryli wyspę, zaraz urządzono szkołę. Nauczono ich modlić się i palić fajki. Marynarze dawali tytoń, brali wanilię, cynamon i kanarki. Po pięciu latach pewien kupiec założył nawet sklep. I byłoby dobrze; ale dzieci kupca zachorowały na odrę. Dla białych odra nie jest niebezpieczna, ale czarne wszystkie dzieci umarły, a z dorosłych zostało nie więcej niż stu ludzi.
- Gdzie jest ta wyspa? - Nie pozwalam! - krzyczy. - Ta wyspa jest za blisko lądu, gdzie mieszkają Murzyni. Maciuś ucieknie i zbuntuje mi dzieci. - Uspokój się, czarny przyjacielu, jeszcze twojej wyspy nie ruszamy. Jak nie, to nie. - To przecież śmieszne, żebyśmy się słuchali tego ordynarnego dzikusa. Może mu się naprawdę zdawać, że go się boimy.
- Przecież to dziecko - mówi królowa Kampanella. - Trzeba mu dać trochę drzew, zieleni, trochę śpiewu ptasząt. - Wszystko przemawia za tym, żeby wybrać tę właśnie wyspę - mówi przyjaciel żółtych królów. - Dowóz żywności dla straży i Maciusia będzie łatwiejszy, bo bliżej, przy tym morze jest tu zupełnie spokojne. Budować nic nie potrzeba, bo jest już budynek szkoły, gdzie mogą mieszkać. No i nie bądźmy śmieszni: gdyby nawet Maciuś próbował uciec - zjedzą go dzikie zwierzęta, a nie znając mowy Murzynów, jakże się z nimi porozumie?

Przechadza się Maciuś po dziedzińcu więziennym. Wokoło nic, tylko czerwone, wysokie mury. Jedno stare drzewo orzechowe rośnie na środku. Było więcej, ale stały za blisko muru. Ścięto je, kiedy lat temu dziewięć uciekł z więzienia słynny bandyta, którego długo potem szukała policja.
Przechadzka trwa pół godziny. Przed Maciusiem idzie dwóch żołnierzy z nabitymi karabinami, za Maciusiem też dwóch, a z prawej i z lewej strony - po trzech żołnierzy z obnażonymi pałaszami. Razem wypada sto dwadzieścia małych albo osiemdziesiąt dużych: siedemdziesiąt kroków do drzewa orzechowego i pięćdziesiąt - od drzewa do muru. Bo na co ma patrzeć? Czasem zupełnie zamyka oczy i otwiera dopiero, kiedy ma spojrzeć na drzewo. Czasem stawia na przemian - raz duży, raz mały krok. Czasem chodzi na palcach albo dziesięć kroków na palcach, a dziesięć na piętach. Jak mógł, urozmaicał sobie nudny spacer więzienny. Przychodziło mu często do głowy, żeby skakać na jednej nodze. Skakał nawet czasem, ale tylko w więziennej celi, kiedy był pewien, że nikt nie widzi.
- Więzień numer dwieście jedenasty do kancelarii! Maciuś drgnął: to jego numer. Bo wydano rozkaz, żeby Maciusia nazywać królem, kiedy się do niego zwracają, bo inaczej ani nie odpowiadał, ani się nie słuchał.
Spojrzał Maciuś na orzechowe drzewo, zawrócił - zmarszczył brwi - ręce w tył założył - stawia umyślnie małe kroki, niby że się wcale nie śpieszy - wreszcie jest - czeka.
Maciuś od razu się domyślił, że stało się coś niezwykłego. Nauczył się Maciuś zwracać uwagę na najmniejszy szczegół, nauczył się czytać myśli różnych ludzi.
Do kancelarii wchodzi król Orestes Drugi i jakaś pani bardzo ładna w czarnej aksamitnej sukni. Król Orestes był u Maciusia na zjeździe królów.
- Jestem więzień numer dwieście jedenasty - z goryczą przedstawił się Maciuś. - O nie - odparła z prostotą królowa.
Teraz chciał się przywitać Orestes. Maciuś spojrzał na dywan, kosztowne obicie mebli, kwiaty w oknach - uśmiechnął się nieznacznie.
Maciuś jest zły - strasznie zły. Gniewa go salon, gniewa naczelnik więzienia, gniewają kwiaty, dywan, fortepian - milczenie królowej - gniewa, że królowa tak na niego patrzy. Kiedy później myślał Maciuś o tej wizycie, zrozumiał powód gniewu. W długich godzinach zamknięcia i osamotnienia oczekiwał Maciuś smutnego króla. Kiedy w salonie naczelnika więzienia zobaczył fortepian, jak żywy stanął mu przed oczami smutny król, a w uszach dźwięczeć zaczęły najsmutniejsze melodie.
Nikt inny nie miał prawa przyjechać. W ogóle chce się Maciusiowi strasznie dużo mówić, a boi się, żeby się z czymś niestosownym nie wyrwać. Przypomniał sobie Maciuś mistrza ceremonii, który zawsze w porę coś takiego zrobił, że było wszystko w porządku. No bo co?
- Może podać herbatę albo kawę ze śmietanką? - Czyś pan oszalał - krzyknął Maciuś, a w oczach zamigotały mu iskry. - Czy na to cały miesiąc gniję w pańskim lochu, żeby wreszcie ciasteczka zajadać? Chcę wiedzieć, co postanowili moi wrogowie. Żądam nieodwołalnie, żeby mnie zesłano natychmiast na bezludną wyspę. Gdyby mi powiedzieli, że całe tygodnie mam siedzieć w więzieniu, nie przyjąłbym ułaskawienia. Chciałem zginąć w domku dzikich zwierząt - oni podstępem mnie ujęli.

Nagle pochwycił Maciuś piękną, porcelanową wazę i uderzył nią o stół, tuż obok książki z obrazkami. Waza potłukła się na drobne kawałki, Maciuś zakrwawił sobie rękę. Królowa Kampanella wyjęła z torebki pachnącą chusteczkę do nosa i łagodnie wyciera krew z ręki Maciusia.
Kampanella jest samotna, dzieci nie ma, mąż jej umarł. Niech otoczą wysokim murem piękny park pomarańczowy, który doskonale zastąpi wyspę bezludną.
Lekarz więzienny owiązał Maciusiowi rękę, bo inaczej nie wypadało przy królach - i dał Maciusiowi pięć kropli na cukrze na uspokojenie nerwów. Lekarz więzienny miał dwa lekarstwa: w lewej kieszeni krople, w prawej proszki. Jedno i drugie było strasznie gorzkie i dawało się na wodzie.
Nazajutrz Maciuś oznajmił, że ani pokarmów przyjmować nie będzie, ani na przechadzkę nie wyjdzie. Żąda papieru z pieczęcią, żeby wiedzieć wreszcie, co chcą z nim zrobić. Koło południa wezwano Maciusia do kancelarii. Maciuś odmówił: nie pójdzie. Chce wiedzieć!
Niezadowolony był naczelnik więzienia. Bo królowa nie tylko się nie obraziła, że Maciuś nie wyszedł, ale przyznała mu słuszność. Chciała przy tym zobaczyć, jak Maciuś mieszka. A mieszkał źle. Cela była wilgotna i ciemna, po ścianach łaziły pająki i pluskwy, i Maciuś spał na sienniku na podłodze. W kącie stała miednica i dzbanek wody, i nawet krzesła nie było. A królowa przyniosła ogromny bukiet białego bzu. Zaraz dozorca zaniósł do celi miękki fotel z prywatnego mieszkania i taką samą piękną wazę, jaką już Maciuś stłukł wczoraj. Bo było ich dwie: jedna stała na stole, a druga na fortepianie. Ale Maciuś nad wyraz uprzejmie przyjął królową. Z ogromną wdzięcznością wziął bukiet, który jednak wstawił do swojego glinianego dzbanka z wodą, a nie do porcelanowej wazy.
Bezludna wyspa już jest wybrana. Słusznie gniewa się Maciuś, ale doprawdy prędzej nie można było. Król Orestes nie jest winien - on tylko przez grzeczność towarzyszył królowej. Chciał koniecznie przyjechać smutny król, ale Bum-Drum i młody król nie pozwolili. Bum-Drum jest teraz przyjacielem młodego króla. Papier z pieczęcią i podpisami królów jeszcze nie jest gotów. Kampanella przyjechała, żeby uspokoić Maciusia i powiedzieć, że o nim pamiętają, że niezadługo będzie mógł wyjechać.
Nie - było tak samo ciasno i tak samo boleśnie. Może i gorzej jeszcze. W dawnej celi - rozumiał, że czeka, że tymczasowe schronisko zmienią mu na inne - na bezludnej wyspie. Bo cóż? Na bezludnej wyspie mieć będzie wszystko, co już dziś posiada. Tak tęsknił do zegara. Myślał, że prędzej dzień przejdzie, jeśli będzie mógł wiedzieć, ile godzin dnia upłynęło. Złudzenie. Teraz widzi, jak powoli wloką się wskazówki, jak strasznie długo trwa godzina.
- Maciusiu, czym mogę ci ulżyć? - Czym? Nie pamiętam, czy o tym mówiłem, że Maciuś miał kanarka w pięknej złotej klatce. Otrzymał go na imieniny i lubił. Ale kiedy go nazwano Maciusiem-kanarkiem w parlamencie, czuł jakby żal do niewinnego ptaszka. A teraz przypomniał sobie i zapragnął mieć blisko.
Kampanella nie odpowiedziała, bo surowo jej zabroniono udzielać Maciusiowi wiadomości, co się dzieje w kraju. Czy mam prawo donieść Maciusiowi o losach jego kanarka i klatkę postawić w celi Maciusia?
- Najgorzej wdać się z babami - mruczał młody król. - Dziś kanarek, jutro będzie pies, pojutrze znów coś nowego. A to cela wilgotna, a to ciemno - Maciuś zdenerwowany, Maciuś mizerny. Koronę nosi się na głowie, a w głowie jest rozum. Gazet ani książek przynieść nie pozwolili. Miała królowa za swoje, kiedy Orestes poskarżył, że powiedziała o przyjaźni młodego króla z Bum-Drumem.
Maciuś nie spojrzał nawet na fotografię swojej matki - położył ją na stole i zajął się kanarkiem. Zaczął oczyszczać klatkę, chociaż niepotrzebnie, zaczął nalewać wodę na podstawkę, choć wiedział, że podstawka jest za duża, nie zmieści się przez drzwiczki klatki. Potem zakładał między pręciki kawałek bułki, kostkę cukru.
Kampanella też spoglądała na zegar z niepokojem. Bo to już była jej ostatnia w więzieniu wizyta, bo musiała jechać na ostatnią naradę, żeby podpisać papier o zesłaniu Maciusia.
- Maciusiu, zanim pojadę, chcę ci coś powiedzieć. Nie wiem, czy to się uda. Ale będę się bardzo starała. - Powiedz mi, ale szczerze powiedz; gdyby królowie pozwolili… Czy chcesz? Jestem sama jedna na świecie - tak jak ty. Nie mam dzieci - nie mam nikogo - czy chcesz, żebym zastąpiła ci matkę?… Będziesz mieszkał w pomarańczowym ogrodzie w moim pięknym, ciepłym kraju, w dużym marmurowym pałacu. Uczynię wszystko, aby ci było dobrze. Z czasem królowie pewnie się przeproszą. A jak będę stara, ty będziesz duży, oddam ci tron i koronę.
Maciuś zagryzł wargi. Serce mocno zaczęło stukać.
- Królowo - mówi Maciuś - dziękuję ci. Byłaś dla mnie bardzo dobra. Nie mogę być niewdzięczny. I dlatego właśnie się nie zgadzam. - Bo ja bym - uciekł. I ucieknę, z pewnością ucieknę. Niech oni się mnie strzegą. - Wasza królewska mość, dopóki mnie więżą przemocą - jestem wolny, mogę robić, co chcę, wolno mi się bronić.

Po raz trzeci uderzył dzwon więzienny. Dziwi się Maciuś, że tak późno, że dopiero teraz pomyślał o tym poważnie. Przelatywała mu myśl przez głowę od czasu do czasu. To jakby się pytał sam siebie: czy mi się uda, czy potrafię, dokąd ucieknę i po co? Czy się uda, czy nie, czy ma, czy nie ma dokąd uciec, czy jest, czy nie ma po co uciekać - on musi, musi uciec. Już teraz nie będzie się nudził, nie będzie co chwila spoglądał na zegar. Będzie miał strasznie dużo pracy. Musi dokładnie obejrzeć ogród więzienny, każdy załamek muru, każde przy murze drzewko. Musi godzinami całymi układać, od czego zacząć, gdy się już znajdzie poza murem. Trzeba obmyślić dokładnie, w co się przebierze, co weźmie na drogę.
„Mamo moja, widzisz; Kampanella chciała ci zabrać Maciusia. Zabrali tron, zabrali koronę, a teraz chcieli i mnie zrabować. Nie zostawię ciebie, mateczko, w więzieniu; razem uciekniemy.
- No i cóż? - Królowie, nie podpisujcie tego papieru. Nie można porównywać Maciusia ani z Napoleonem, ani z żadnym królem dorosłym. Chociaż nie mam dzieci, odgaduję dziecko sercem macierzyńskim. Maciuś jest nerwowy. - Żebyście widzieli, jak go ucieszył kanarek, jak zaczął dawać wodę, bułkę, cukier.
Królowa Kampanella widziała, że wszyscy się niecierpliwią, ziewają, zapalają papierosy, wzdychają. Ale królowa mówiła, mówiła.
- Dobrze. Poczciwa Kampanella sama dolewa królom najlepszych win i likierów. Każdego króla osobno pyta się, co lubi… Lokaje na rowerach zwożą z najdroższych restauracji najlepsze jedzenia. Częstuje gości cygarami. Owoce, lody, jakie tylko są na świecie: śmietankowe, waniliowe, malinowe. Torty. Rozumie się, głosowanie odłożono.
Kiedy nazajutrz postanowiono, że głosowanie odbędzie się nie u Kampanelli, ale w uroczej zacisznej wiosce rybackiej, królowa domyśliła się, że się nie zgodzą.
Mur więziennego ogrodu był stary i obrośnięty dzikim winem. Maciuś zaczął wynosić klatkę z kanarkiem i bawił się przy murze w Robinsona. Widzą żołnierze, że mały więzień zupełnie się uspokoił i bawi się dziecinnie, więc mniej go teraz pilnują. Dawniej na podwórku musieli chodzić za nim krok w krok, bo okno kancelarii wychodziło na podwórze i naczelnik więzienia patrzył na żołnierzy; a teraz w ogrodzie mogli robić, co chcieli.
A Maciuś zauważył, że jedna cegła muru się rusza. Zaczyna majstrować - w prawo, w lewo, stare wapno się kruszy, ale nic nie widać... Słowem wstępu, w czerwcu tego roku znalazłam się na Fidżi gdzie wraz z 16 innymi osobami miałam za zadanie przetrwać na bezludnej wyspie. Przetrwanie i survival nieodłącznie wiążą się z próbą wzniecenia ognia. Zaraz po rozpoczęciu gry- dopłynięciu na wyspę podzieliliśmy się na grupy z których każda miała inne zadanie. Ja znalazłam się właśnie w grupie odpowiedzialnej za rozpalanie ognia. Pierwszy dym osiągnęliśmy już po 10 minutach starań, ale od dymu do ognia droga jeszcze daleka.... Mimo wielkich starań i nieustannego próbowania różnych znanych nam metod pierwszy dzień był porażką w tym temacie. Finalnie przyszło nam spędzić pierwszą noc bez ogniska. Drugiego dnia zostaliśmy podzieleni na dwa plemiona żyjące na oddzielnych wyspach i mojemu plemieniu udało się tego drugiego dnia ogień rozpalić. Dało nam to ogromną przewagę nad przeciwnym plemieniem, mogliśmy ugotować coś do jedzenia, nie marzliśmy za bardzo w nocy = mieliśmy więcej sił na wymagające fizycznie konkurencje.
Jak próbowaliśmy ogień rozpalić? Pierwszy z naszych pomysłów. Zasada działania prosta- chyba każdy próbował kiedyś skupiania promieni słonecznych za pomocą lupy. Można w ten sposób wypalić dziurę w kartce, więc może uda się i z ogniem? Niektórzy z nas mieli okulary, więc pierwsza próba rozpalania ognia odbyła się właśnie z ich udziałem. No! ale nie porzucilibyśmy tej metody z okularami tak łatwo. Proste prawo fizyczne: pojedyncza kropla wody położona na okularach zwiększała zdolność do skupiania promieni słonecznych. Widać było już większy efekt, ale aby ta metoda w ogóle mogła zadziałać należałoby trzymać okulary kompletnie bez ruchu, żeby nie rozpraszać energii cieplnej na większy obszar łatwopalnego materiału. Nawet milimetrowe poruszenie niweczyło całą pracę.
Ta metoda rozpoczyna serię prób z wykorzystaniem tarcia. Na dole sucha deseczka z wydrążonym zagłębieniem (podkładka). W zagłębieniu skierowany pionowo, prosty, zaokrąglony suchy kij (świder). Obracanie kija powoduje tarcie i teoretycznie mogłoby wzniecić płomień. Z góry należy świder dociskać do podstawki, a jednocześnie obracać nim nieustannie rękami. Wytwarza się wtedy tarcie, powstaje dym, potem żar (przynajmniej w teorii). Tak samo jak poprzednio, tylko skonstruowaliśmy dodatkowo łuk z cięciwą wykonaną ze sznurka. Świder obracaliśmy tym łukiem, a dokładnie sznurkiem, nie gołymi rękami. Jedna z uczestniczek widziała kiedyś, jak Masajowie rozpalają ogień. Mówiła, że zajmuje im to kilka sekund i wie, jak działa ta metoda, dlaczego w takim razie nie spróbować ? Tutaj znowu opieramy się na energii pochodzącej z tarcia. Także jest podkładka z suchej deski i jest też jeden kawałek drewna na górze, tym razem skierowany pod katem 45 stopni do deski. Należy z odpowiednią siłą naciskać i pocierać mniejszym kawałkiem o drugi (podstawkę) i czekać na powstanie odpowiednio: dymu i iskry. To także zawiodło.
Podpatrzona przeze mnie w internecie przed wyjazdem i dokładnie zapamiętana. Co prawda nie wiedziałam, gdzie dokładnie lecę, ale raczej pewne było, że będą tam gdzieś bambusy. Pierwszego dnia, gdy wszyscy uczestnicy żyli jeszcze razem na pierwszej plaży także próbowaliśmy jej używać, ale po podziale na plemiona skupiliśmy się już tylko na tej metodzie i finalnie ona zadziałała! Przedstawiam Wam "bamboo fire saw" i moje obrazkowe notatki, które wykonałam ucząc się tej metody przed programem. Może się wydawać skomplikowane, ale to proste. Też wykorzystuje tarcie, ale znacznie szybciej dochodzi się do momentu w którym uzyskujemy dym. A jakich metod Wy byście próbowali? Może coś nam umknęło? Na wszystkie pytania odnośnie rozpalania ognia na Wyspie z chęcią odpowiem pod postem!
tags: #ja #na #bezludnej #wyspie #kartka #z

Znaczenie prezentów – czy naprawdę podarunki są takie ważne?
W obecnych czasach, gdy dostęp do wszystkiego jeszcze nigdy nie był taki prosty, a sklepowe półki uginają się od przeróżnych przedmiotów, ciężko jest znaleźć coś, co nada się na prezent i uszczęśliwi drugą osobę. Wiele rzeczy obdarowany może po prostu kupić sobie sam, tak więc kupowanie komuś dziesiątego krawata, czy nowej patelni, zdaje się powoli tracić sens. Znaczenie podarunków ewoluowało i dzisiaj obdarowany oczekuje raczej rzeczy, która go zaskoczy i będzie absolutnie wyjątkowa. Może niech to będzie coś, na co nigdy by nie wpadł i nie domyśliłby się, że dostanie właśnie to?! Pozytywne zaskoczenie, radość, wdzięczność i wzruszenie, to emocje które idealnie określają to, jaki powinien być prezent idealny, na miarę XXI wieku.
Copyright ©2021 | niebanalne-prezenty.pl | Wszelkie prawa zastrzeżone.