19 stycznia obchodzimy 79. rocznicę zakończenia okupacji niemieckiej w Łodzi. Ponad czteroletni okres hitlerowskiej okupacji miasta dobiegł końca. W ostatnich dniach, z 17 na 18 stycznia 1945 roku, niemieccy okupanci dokonali masowego mordu na blisko 1500 Polakach przetrzymywanych w więzieniu na łódzkim Radogoszczu. Rocznica wyzwolenia Łodzi to także rocznica zakończenia działalności Obozu dla dzieci przy ulicy Przemysłowej.
18 stycznia 1945 roku jednostki 1. Frontu Białoruskiego pod dowództwem marszałka Gieorgija Żukowa, w tym 1. i 2. Gwardyjska Armia Pancerna, wzmogły tempo natarcia w ramach operacji wiślańsko-odrzańskiej, osiągając główne linie komunikacyjne prowadzące do Berlina. Tego samego dnia o 13:00 kolumny jednostek 28. i 29. Gwardyjskiego Korpusu Armijnego dotarły do linii kolejowej Warszawa - Piotrków Trybunalski, a rozpoznanie dotarło na przedpola Dmosina, Brzezin i Gałkowa. Generał Wasilij Czujkow podjął decyzję o ataku na miasto.
Wojska zostały zatrzymane na rubieży Dmosin - Brzeziny - Gałków, a żołnierzom dano dobę na odpoczynek. Do godziny 2:00 oddziały rozpoznawcze dywizji uzyskały dane o siłach nieprzyjaciela w Łodzi i przyległych miastach. Następnie dywizje pierwszego rzutu 28. i 29. Gwardyjskiego Korpusu Armijnego, w sumie cztery dywizje, podeszły do miasta, aby o świcie zająć pozycje wyjściowe do natarcia. W szturmie brały udział główne siły korpusów (28. i 29.), wykonując jednoczesne uderzenia ze wschodu, północnego wschodu i z zachodu, przez Zgierz na Konstantynów Łódzki. 88. Gwardyjska Dywizja Strzelecka, prowadząca natarcie na szerokim froncie, wyszła na linię Piątek - Ozorków. Grupa pancerna, złożona z 11. Brygady Pancernej i trzech samodzielnych pułków czołgów, pod dowództwem generała Matwieja Wajnruba, szybkim manewrem znalazła się na zachodnim skraju miasta i zamknęła wojskom niemieckim drogi odwrotu. 4. Gwardyjski Korpus Armijny, pozostający w odwodzie, został przerzucony na prawe skrzydło. Celem było uniknięcie walk w mieście. O północy korpusy i dywizje przystąpiły do szturmu. Koło południa strzelanina przeniosła się ze śródmieścia do dzielnic południowych. Jednostki 28. Gwardyjskiego Korpusu Armijnego wraz z grupą pancerną generała Wajnruba podjęły natarcie. Grupa generała Wajnruba dotarła na południowo-zachodni skraj Łodzi, a jednostki 28. Gwardyjskiego Korpusu Armijnego zajęły Ozorków, Aleksandrów Łódzki i Radogoszcz. Zwiadowcy osiągnęli szosę Łódź-Konstantynów Łódzki. Oddziały niemieckie szybko wycofały się na południowy zachód. Miasto nie zostało zniszczone w wyniku walk, działały między innymi wodociągi i elektrownia.

Rocznica wyzwolenia Łodzi jest również związana z końcem funkcjonowania niemieckiego obozu koncentracyjnego dla polskich dzieci, utworzonego 1 grudnia 1942 roku na terenach wyodrębnionych z Litzmannstadt Ghetto. Okupanci więzili tam dzieci i młodzież polską w wieku od 2. do 16. roku życia, ale z relacji więźniów wynika, że Niemcy przetrzymywali tu nawet kilkumiesięczne niemowlęta.
Obóz znajdował się pod zarządem niemieckiej policji kryminalnej w Łodzi. Dzieci przetrzymywane były w prymitywnych warunkach, niewolniczo pracowały i były torturowane. Według nowszych ustaleń, obóz pochłonął niemal 200 ofiar śmiertelnych, a w sumie przetrzymywano w nim od 2 do ponad 3 tysięcy dzieci. Szacuje się obecnie, że więzionych było około 2-3 tysięcy dzieci, z których około 200 zmarło.
Oficjalna nazwa obozu brzmiała Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt. Formalnie należał do obozów określanych w urzędniczym żargonie III Rzeszy jako „młodzieżowe obozy ochronne” (Jugendschutzlager). W rzeczywistości był to obóz koncentracyjny, którego małych więźniów przetrzymywano w warunkach powodujących ich stopniowe wyniszczenie. Oficjalnym powodem utworzenia tego miejsca kaźni była teza o rzekomym zagrożeniu płynącym dla młodzieży niemieckiej ze strony polskich dzieci, pozbawionych w wyniku toczącej się wojny należytej opieki.
W praktyce do obozu kierowano między innymi polskie dzieci, które w wyniku trudnych warunków spowodowanych okupacją zmuszone były do pozyskiwania środków utrzymania dla siebie i swoich rodzin (uliczna sprzedaż czy handel produktami na czarnym rynku), ofiary łapanek, potomków osób odmawiających podpisania volkslisty lub zaangażowanych w działalność konspiracyjną, a także sieroty. Oficjalnie obóz przeznaczony był dla więźniów w wieku od 8 do 16 lat, osadzano w nim jednak również dzieci znacznie młodsze. Historycy Muzeum Dzieci Polskich - ofiar totalitaryzmu na podstawie kwerendy archiwalnej potwierdzili dane osobowe rocznego dziecka więzionego w Polen-Jugendverwahrlager.
Komendantem lagru został Camillo Ehrlich, szef niemieckiej policji kryminalnej w Łodzi, a jego załogę stanowili przede wszystkim Niemcy z Rzeszy, lokalni volksdeutsche oraz niemieccy osadnicy ze wschodu. Obóz został ulokowany na terenie wyodrębnionym z Ghetto Litzmannstadt i ogrodzony, zwieńczonym drutem kolczastym, drewnianym płotem biegnącym wzdłuż dzisiejszych ulic: Górniczej, Emilii Plater i Brackiej, a od wschodu murem cmentarza żydowskiego. Główna brama znajdowała się od strony ul. Brackiej, na wysokości ul. Przemysłowej (stąd potoczna nazwa „obozu przy ul. Przemysłowej”).

Na terenie lagru ulokowane były nie tylko więzienne sztuby, na których wyposażenie składały się dwupiętrowe prycze. Już ośmioletnie dzieci zmuszane były do pracy w obozowych warsztatach (np. iglarskim, szewskim, skórzanym, koszykarskim, ślusarskim czy stolarskim), a także w szwalni, pralni lub kuchni. Pracowano także przy robotach ogrodniczych i porządkowych, a nawet budowlanych. W obrębie ogrodzenia znajdowały się też obiekty administracyjne i funkcyjne.
Tegorocznym obchodom towarzyszyło otwarcie najnowszej wystawy plenerowej przygotowanej przez zespół kuratorski Muzeum Dzieci Polskich „Obozowe dziewczęta. Przeżycia nastolatek - przymusowych więźniarek obozu dla polskich dzieci przy ul. Przemysłowej w Łodzi”. Dzięki ich własnym relacjom poznajemy wstrząsające świadectwa obozowego naznaczenia: wyzysku ekonomicznego, głodu oraz ciągłej presji psychicznej i fizycznego bólu. Wspomnienia młodych dziewcząt zestawione z fotografiami przedstawiającymi sceny z życia obozowego ukazują zarówno rzeczywiste, jak i wyobrażone przez nazistów realia obozu.
Choć zdjęcia wykonane zostały przez oprawców, pragnących ukazać to miejsce izolacji w jak najlepszym świetle, przebija przez nie uwikłanie młodych dziewcząt w skomplikowaną rzeczywistość obozową.
Wspomnieniami podzielił się również Jan Maciejewski, który trafił na Przemysłową wraz z rodzeństwem jako jedno z 58 dzieci z Mosiny aresztowanych przez Niemców w ramach akcji odwetowej w 1943 roku. Wspominał po latach, że w styczniu 1945 roku Niemcy zaczęli opuszczać obóz; rozpoczęły się bombardowania Łodzi i dzieci zagoniono do pracy przy wykopach. Gdy nadzorcy obozu uciekli, pozostawiając w nim kilkaset dzieci, pod bramę obozu podchodzili łodzianie i wycieńczone grupki malców zabierali do swoich domów.
Janek, jego brat i dwie dziewczyny z Mosiny trafili do kobiety zamieszkującej przy ul. Przemysłowej w Łodzi, gdzie nie wytrzymali długo - pieszo wyruszyli z Łodzi do Poznania. Po drodze zatrzymano ich w sierocińcu, ale i stamtąd uciekli, by w końcu dotrzeć do domu. Podobne przeżycia były udziałem wielu innych dzieci, które na przekór głodowi, zmęczeniu i zimnu podjęły wysiłek dotarcia do rodzinnych domów - często zniszczonych albo pustych.
Jerzy Jeżewicz, były więzień obozu, trafił do Litzmannstadt we wrześniu 1943 roku w wieku 2,5 lat wraz z 3,5-letnim bratem. Na Przemysłowej byli prawie rok, do lipca 1944 roku, i w momencie likwidacji getta żydowskiego zostali załadowani na pociąg i przewiezieni do obozu w Potulicach, gdzie byli do wyzwolenia, czyli do stycznia 1945 roku. „Ile razy staję przed tym pomnikiem, to zawsze czuję za sobą, że ktoś tam jeszcze jest; ktoś, kto został tam na wieki” - mówił Jeżewicz.
Dawny więzień obozu dla dzieci przypomniał, jak przez lata pamięć o martyrologii małych Polaków była zacierana i wręcz lekceważona, co doprowadziło do tego, że dokumenty dotyczące niemieckiej działalności przy Przemysłowej ujawniano dopiero po wielu dekadach od zakończenia II wojny światowej. „Z przykrością trzeba stwierdzić, że obóz na Przemysłowej został fizycznie zlikwidowany - zepchnięty spychaczami, a na jego miejscu zostało postawione piękne osiedle mieszkaniowe. To jedyny taki obóz w Europie, który tak został potraktowany. My wszyscy (dawni więźniowie - przyp. red.), którzy jeszcze jesteśmy przy życiu, pytamy jak to się stało - Niemcy uciekli, bramy zostały otwarte, w obozie została pełna dokumentacja wszystkich więźniów; także tych, którzy ginęli” - zaznaczył Jeżewicz.
Dopiero trzy lata temu jedna z byłych więźniarek przekazała do Muzeum Dzieci Polskich - ofiar totalitaryzmu swoją teczkę osobową, która znalazła się w jej posiadaniu tylko dlatego, że po otwarciu obozowych bram razem z koleżanką wróciły do budynku administracji i zabrały z niego swoje dokumenty. „To jest dowód nie do podważenia. Nie jest już w tej chwili tak, jak zarzucano nam przez lata, że gówniarze chodzą po Polsce i opowiadają o jakichś obozach, które nie istniały” - dodał.
„Powiedzieć, że dzieci przebywały w złych warunkach, to jest nic nie powiedzieć tak naprawdę. Dzisiaj stoimy tu w kurtkach i marzniemy, a te dzieci miały tylko lekkie ubrania i musiały znosić mrozy minus 20 stopni. To bardzo ważna rocznica i jednocześnie bardzo smutna. Dla tych dzieci koniec wojny nie oznaczał powrotu do szczęśliwych domów. One często nie miały rodziców, nie miał kto się o nie upomnieć; czasem byli to jacyś krewni, czasem przygarniali je obcy ludzie. Warto pamiętać o tej historii, ponieważ to jest historia okrucieństwa, które spada na najmłodszych. To zawsze porusza serca, a przecież wciąż widzimy, jak ta historia powraca, jak dzieje się na naszych oczach.”

Równie tragicznym wydarzeniem związanym z końcem okupacji był mord popełniony przez niemieckich okupantów w więzieniu na Radogoszczu. W nocy z 17 na 18 stycznia 1945 roku, kilkadziesiąt godzin przed wkroczeniem wojsk sowieckich do Łodzi, niemiecka załoga więzienia podpaliła główny budynek więzienia wraz ze wszystkimi znajdującymi się tam osobami.
Więzienie policyjne na Radogoszczu, zorganizowane przez Niemców w dawnej fabryce Samuela Abbego, uchodziło za najcięższe w Łodzi. Według szacunków przeszło przez nie około 40 tysięcy osób. Nocą z 17 na 18 stycznia 1945 roku wachmani i żołnierze zaczęli mordować więźniów. Najpierw zakłuli bagnetami chorych i funkcyjnych, później na apelu zaczęli strzelać, by w końcu podpalić budynek i obrzucić go granatami. Z ponad 1500 uwięzionych ocalało jedynie około 30 osób.
19 stycznia przed spalonym budynkiem leżały stosy zwęglonych ciał. Przez kilka tygodni trwały tu wędrówki łodzian i okolicznych mieszkańców. Każdego dnia rozgrywały się dramatyczne i przejmujące sceny, gdy rodziny odnajdywały swoich bliskich. Ciała pomordowanych w Radogoszczu pochowano uroczyście 28 lutego 1945 roku na pobliskim cmentarzu przy ul. Zgierskiej.
Rocznica wyzwolenia Łodzi skłania również do refleksji nad historią miasta przed jego industrializacją. Oryginalny dokument nadający prawa miejskie Łodzi przez króla Władysława Jagiełłę nie zachował się do naszych czasów. Jego odpis znajduje się w „Kopiarzu" biskupa włocławskiego Macieja Drzewickiego z 1517 roku, który zawiera najważniejsze dokumenty z początków historii Łodzi.
Na początku XV wieku na obszarze obecnej Łodzi leżało 15 wsi i 2 osady przemysłowe, a krajobraz w niczym nie przypominał obecnego. Dominował bór mieszany, taki jaki można obserwować w obecnym Lesie Łagiewnickim. Wyjątkowo malowniczy las występował w strefie krawędziowej Wzniesień Łódzkich, gdzie poprzecinany był licznymi strumieniami i rzeczkami tworzącymi dolinki o stromych zboczach. Na południu zaś dominowały las liściasty, właściwy podmokłym terenom.
Łódź jako osada wiejska istniała już w pierwszej połowie XII wieku i należała do dóbr monarszych. Przed 1332 rokiem przeszła na własność biskupów włocławskich. Łódź stała się miastem zapewne z ambicji biskupów włocławskich, którzy pragnęli mieć jak największą liczbę grodów w swoich włościach i ambicji przyszłych mieszczan, którzy uważali, że „powietrze miejskie czyni wolnym", wyzwalając od władzy panów ziemskich i darując samorządność. Wygodna przeprawa przez rzeczkę nazywaną Ostrogą (teraz Łódka), położenie przy trakcie łęczycko-krakowskim, na osi królestwa i istniejąca już komora celna, wystarczyły, aby biskup włocławski Jan Pella wyjednał od króla Władysława Jagiełły przywilej lokacyjny 29 lipca 1423 roku. Przywilej ten zawiera postanowienia o przekształceniu Łodzi w miasto, uwolnieniu łodzian spod jurysdykcji urzędników ziemskich i o rządzeniu się prawem magdeburskim. Jako dzień targowy wyznaczono środę, a jarmarki miały odbywać się dwa razy w roku.
W XVI wieku Łódź zamieszkiwało około 700 osób. Miasto rozbudowało się wokół Starego Rynku. Ulice oczywiście były niebrukowane, a do obowiązku mieszczan należało układanie kładek z rozciętych bali, aby szczególnie w deszczowe dni, można było przejść na drugą stronę ulicy. Domy mieszczan przypominały chałupy chłopskie. Ratusz wybudowano po 1585 roku przy rynku.
W Księgach Miejskich z 1471 roku wspomina się o rzemieślnikach: szewcach, młynarzach, kowalach i krawcach. Ich liczba była niewielka. Co znamienne - brakowało sukienników, co nic nie zapowiadało późniejszej potęgi włókienniczej Łodzi.
Życie w rolniczym miasteczku płynęło spokojnie i jednostajnie. Rzadko dochodziło do poważniejszych przestępstw i skandali. Zdarzały się, ale niezwykle rzadko, poważniejsze przestępstwa jak choćby zabójstwo wpływowego i zamożnego mieszczanina Kubowicza. Sprawców nigdy nie wykryto.
Dzieje Łodzi rolniczej niczym nie różnią się od historii tysięcy miasteczek Rzeczypospolitej, które z czasem popadały w zapomnienie. Jest tylko jedna różnica. W erze przemysłowej nasze miasto stało się jednym z najpotężniejszych i najbogatszych miast europejskich. Taka zmiana jest czymś wyjątkowym, nową jakością, która nie ma swoich wyraźnych korzeni w przeszłości. I jest to już zupełnie inna historia.
tags: #rocznica #wyzwolenia #lodzi

Znaczenie prezentów – czy naprawdę podarunki są takie ważne?
W obecnych czasach, gdy dostęp do wszystkiego jeszcze nigdy nie był taki prosty, a sklepowe półki uginają się od przeróżnych przedmiotów, ciężko jest znaleźć coś, co nada się na prezent i uszczęśliwi drugą osobę. Wiele rzeczy obdarowany może po prostu kupić sobie sam, tak więc kupowanie komuś dziesiątego krawata, czy nowej patelni, zdaje się powoli tracić sens. Znaczenie podarunków ewoluowało i dzisiaj obdarowany oczekuje raczej rzeczy, która go zaskoczy i będzie absolutnie wyjątkowa. Może niech to będzie coś, na co nigdy by nie wpadł i nie domyśliłby się, że dostanie właśnie to?! Pozytywne zaskoczenie, radość, wdzięczność i wzruszenie, to emocje które idealnie określają to, jaki powinien być prezent idealny, na miarę XXI wieku.
Copyright ©2021 | niebanalne-prezenty.pl | Wszelkie prawa zastrzeżone.